txt

Duży Format, 25 kwietnia 2013

Weź Mnie Ze Sobą

Pół klasy nagle się wyludnia – uczennice idą rodzić. I potem już najczęściej nie wracają do szkoły. Rodzą kolejne dzieci. To jedyna droga do kariery.
Z Łukaszem Sokołem, który fotografował młodociane matki w Kamerunie, rozmawia Grzegorz Sroczyńki

 

1. Marlice, 23 lata
    Matka pięciu córek: Fridy (10 lat), Angeliki (6 lat), Mirandy (5 lat), Angeli (4 lata), Cecylii (2 lata)

Cytat z przewodnika: „Kamerun to wyjątkowe miejsce. Jest tu wszystko, co w Afryce urzeka - ludzie, przyroda, kultura. Afryka w pigułce”. 

Gorzkiej pigułce.

I jeszcze: „Kamerun jest świetnym miejscem dla tych, którzy chcieliby pojechać do Afryki, lecz obawiają się zderzenia z miejscową rzeczywistością”.

Zderzenie raczej będzie. Jak silne to zależy, w którą część kraju się pojedzie.

Ty pojechałeś gdzie?

Na wieś. Zachodni Kamerun to część anglofońska, dawna kolonia brytyjska. Bogatsza, bardziej cywilizowana. A wschód to dawna kolonia francuska. Tam zaczyna się dżungla i typowo wiejskie życie. Bieda. I nastolatki w ciąży. Trzynastolatki. 

Marlice ze zdjęcia jest starsza. 

No tak. Ale spójrz na jej dzieciaki i sobie policz. Piątej córki - dziesięcioletniej Fridy – nie ma na zdjęciu, jest akurat u babci. Marlice zaszła w pierwszą ciążę kiedy miała 12 lat. To na wiejskim wschodzie zjawisko powszechne. Nie musiałem szukać tych dziewczyn. Jeździłem od wsi do wsi i one po prostu tam były. Zachodzą w ciążę jak tylko osiągną dojrzałość płciową. A piętnastolatki w ciąży - to już standard.

Dlaczego tak wcześnie rodzą?

To jedyna możliwa droga kariery dla kobiety. Urodzić, jak najszybciej. Udowodnić swoją wartość. Jeszcze nie rodziła? Może jest bezpłodna? Dopiero jak urodzi dziesięcioro, to ma szacunek. Jedna z nauczycielek opowiadała mi, że pół klasy nagle się wyludnia - uczennice idą rodzić. I potem już najczęściej nie wracają do szkoły. Rodzą kolejne dzieci. 

Może Kameruńczycy taki mają model rodziny. I tyle. Przestańmy się gorszyć i dziwić. 

Nie. To jest problem. I nie są nim dzieci, tylko słabe więzi rodzinne. Pełnych rodzin jest niewiele. Te kobiety zostają najczęściej same, ojciec dziecka nie poczuwa się do odpowiedzialności. Jedynym tradycyjnym obowiązkiem mężczyzny jest dostarczenie wyprawki dla dziecka. Na kolejnych zdjęciach zobaczysz, że niemowlaki są dobrze opatulone w nowe rzeczy. Ale poza tym taki facet już nic nie musi. „Kupię wyprawkę, a potem opiekuję się już mniej” - mówią. To eufemizm, bo „mniej” to znaczy wcale. Byłem w innych państwach afrykańskich, ale nigdzie nie było tak źle pod tym względem.

To co z tym Kamerunem?

Nie wiem. Nie rozumiem. Oni nie przeszli przecież wielkiej traumy, jak inne kraje w regionie. Nie mieli wojen domowych, nie mordowali się nawzajem jak w Ruandzie czy Burundii, gdzie – mimo tych dramatów - rodzina jest w lepszym stanie.

Co się dzieje z tymi dziećmi?

Często stają się towarem. Dzieci są ,,wypożyczane”  dalszej rodzinie, ciotce, wujkowi, babce do pracy w polu i do pomocy w domu. 

Kim jest facet Malrice?

Ich jest dwóch. Cztery córki ma z obecnym partnerem, a pierwszą - z innym. To też sytuacja typowa. Osiemnastolatki mają po kilkoro dzieci z różnymi mężczyznami. Liczą, że w końcu któryś się z nimi ożeni. 

Dzieci Marlice są grzeczne, czy tylko do zdjęcia tak ładnie usiadły?

Grzeczne. Dzieci sprawiają tam wrażenie bardziej potulnych niż w Europie. Są karne i pracują. Jak nie pracują, to zajmują się sobą same, samodzielnie też konstruują zabawki. Felgę popychają kijem. Piłkę sklecą z torebek foliowych. Nie słyszałem też płaczu niemowlaka, chociaż jest ich w każdej wsi mnóstwo. Może dlatego, że w pierwszym okresie są cały czas z matką w chuście na jej plecach.

Co Marlice robi na zdjęciu z tymi liśćmi?

To liście bananowca. Pod nogą ma kamień – słabo go widać - na którym je rozciera. Zmiesza to potem z maniokiem i będzie kolacja. 

Marzenia?

„Żeby dzieci poszły do szkoły”. Ale nie stać jej na to. 

Szkoła jest płatna?

Żeby dostać jakikolwiek socjal, musisz być zarejestrowany i płacić podatek. A oni najczęściej nie są zarejestrowani. Zresztą do publicznej szkoły i tak trzeba dopłacać. Państwo działa tam słabo. Na przykład - wypłata pensji. Bywa, że przez tydzień nie ma lekcji, bo nauczyciele pojechali po wypłaty do stolicy.

Marlice narzeka?

Nie. Mówi: „Dzieci dają mi radość”. Myślę, że jest zadowolona z obecnego życia. Mieszka razem z parterem i jego rodziną. Zgodzili się ją przyjąć pod swój dach. Sama nie miała dobrego dzieciństwa - matka ją zostawiła, nie ma z nią kontaktu.

 

2. Marie Thérise Minsi, 18 lat
    Matka 7 miesięcznego chłopca Akaba Julle Stephena

Przy maszynie? Uczy się szycia?

Tak. Chodzi do szkoły, którą prowadzą polskie siostry Pallotynki. Jest objęta programem „Adopcja serca”. Ma w Polsce opiekuna, który co miesiąc zobowiązał się płacić jakąś kwotę. Pieniądze pójdą na trzy lata nauki i wyprawkę po skończeniu szkoły. Dostanie maszynę, właśnie takiego Singera .

I cokolwiek zarobi w tych biednych wsiach? 

Tak. Tam się szyje ubrania. Sukienki, spodnie, koszule. Piękne. Zobaczysz na następnych zdjęciach. Dla Marie to szansa na lepsze życie. Nie zna swojego ojca. Jej matka miała dwóch kolejnych parterów i kolejne dzieci, ale jeden mężczyzna umarł, a drugi zniknął i „nie ma go do dziś”. 

Jak wygląda dzień Marie?

Wstaje rano i – bez śniadania - idzie pięć kilometrów do szkoły z dzieckiem. Dopiero po szkole idzie „szukać czegoś do jedzenia”.

Szukać?

No coś zawsze wyciągnie się z ziemi. Po prostu. Tam nieustannie jest około 30 stopni, wegetacja trwa właściwie cały rok. Sami tak mówią: „Wystarczy wsadzić patyk w ziemię i coś z niego zawsze wyrośnie”. Raczej więc nie głodują, ale to jedzenie jest mało wartościowe. Kuskus z manioku. Purre z maniku. W kółko. Jakbyś cały rok jadł ziemniaki. Maniok ma mało wartości odżywczych. Awitaminoza jest powszechna. 

Mięso?

Rzadko. Dżungla jest strasznie przetrzebiona. Dzieciaki z procami polują na nietoperze. W mieście można zjeść szczura z grilla –  sprzedają na ulicach taką przekąskę. Ale trzeba uważać, bo szczur mógł być na trutkę złapany.

O czym marzy Marie?

„Żeby moje dziecko mogło wyjechać do Polski”. 

Do Polski?

Bo zna polskie siostry, więc to tak wymyśliła.

 

3. Eyanga Estelle, 17 lat, 
    Matka 2 letniej Daniele i dwumiesięcznego Anrole

Smutna.

Raczej zmęczona. Pracuje w polu. Ale masz rację, powód do smutku też ma. Zostawił ją chłopak. Nie dogadał się z rodzicami w sprawie „dotu”. 

Co to jest?

Mężczyzna musi zapłacić za dziewczynę jej rodzicom. To są długotrwałe negocjacje. Zapłacisz ojcu, myślisz że masz już sprawę z bańki, a tu nagle brat dziewczyny przychodzi po swoją część. Zapłacisz bratu - pojawia się jej siostra i mówi: „Przecież ja ją kiedyś uratowałam przed krokodylem”. I jest to powód do roszczeń.

Jak żyje Eyanga?

Ma młodych rodziców, jest ich pierwszym dzieckiem. Ale teraz mieszka z babcią. Akurat zbliżały się zbiory z kawy, więc powtarza „to da nam życie”. Sprzedadzą kawę. Ojciec dzieci w ogóle jej nie pomaga. 

Mieszka z babcią sama? 

Z babcią i 25 innymi osobami. Jest tam m.in. wujek, sześć dziewczyn w jej wieku, jakieś dzieci z różnych wiosek pobierane. Śpią po siedem osób na łóżku. Dziadek Eyangi był pierwszym czarnym katechetą w okolicy. Jej dwie ciotki są zakonnicami. 

Jak tam jest z AIDS?

W każdej rodzinie. Około 20 proc. ludzi jest nosicielami wirusa HIV. Przyzwyczaili się i po prostu o tym nie myślą. Tak jak u nas nie zwraca się uwagi, że ktoś ma katar w pracy. W obrośniętej burdelami, dużej cementowni w Figuil, wśród pracowników zrobiono badania na HIF. Okazało się że 60% jest nosicielami. Matki często same popychają córki do prostytucji. Mówią: "musisz sobie radzić" - taki eufemizm. 

Prezerwatywy?

Rząd promuje je niemrawo. Ale to głównie w miastach. Jedna z misjonarek tak mówi o tym: „Możesz zaprowadzić konia nad strumień ale nie zmusisz go do napicia się wody”. Prezerwatywy nie są popularne.

Prąd w tych wsiach jest?

Nie. Ale telefony komórkowe – owszem. Każdy musi mieć. 

A jak je ładują?

W barze – takiej budzie – stoi generator na ropę. A potem, żeby złapać zasięg trzeba iść 15 kilometrów. Komórka jest bardziej wyznacznikiem statusu. 

Mają tak jak Polacy: pokaż się, a zastaw się?  

Bardzo. Rodzina stawia na przykład samochód przed chałupą - ale to nie jest sprawny samochód, tylko nieużywany wrak. Z wymontowanym silnikiem. No ale stoi. „Mamy auto”. W każdym barze jest antena satelitarna. Oglądają europejskie seriale. „W Europie to jest inne życie” - powtarzają 

Mają rację. 

Tak. Ich frustracja dopiero się rodzi, ale będzie narastać. Jak tylko w jakimś miasteczku pojawia się prąd, to natychmiast rośnie las anten satelitarnych. I każdy chce jechać do Europy. „Weź mnie ze sobą” – to słyszałem wiele razy. „Czy mógłbyś mnie zabrać? Ja bym pracowała u ciebie!”. 

I co mówiłeś?

Że nie mogę. „Tutaj masz siostrę, rodzinę”. Czasem dodawałem coś w stylu: „Jak będziesz się uczyć, to tu też będziesz mieć dobre życie”. Chciałbym żeby tak było, choć niewielu się to udaje.  

4. Akoumzok Marie, 16 lat
    Matka miesięcznej Elie

Te maskotki są jej czy dziecka?

Dobre pytanie. Nie wiem. 

Kanapa jak z Bodzio Meble.

Tak. To zamożniejsza rodzina, klasa średnia. Nie żyją na wsi, tylko w niewielkim mieście. Dom wyłożony kafelkami. Na bogato. Telewizor gra. Matka dziewczyny jest weterynarzem i była wściekła z powodu ciąży. „Co za wstyd”. Musiałem ją długo przekonywać, żeby w ogóle się zgodziła na te zdjęcia. Potężna kobieta, trochę się jej bałem. Cały czas cenzurowała, co córka mówi. 

Ojciec dziecka?

Uczeń tej samej szkoły. Czasem się pojawia. Chcą być razem, ale czy coś z tego wyjdzie, nie wiadomo. Dziewczyna marzy, żeby jej mała Elie była kiedyś kimś. „Żeby nie zrobiła tej samej głupoty, co ja zrobiłam” - mówi zerkając potulnie na matkę. Matka z kolei mówi, że jak przyjdzie w drugiej ciąży, to ją wyrzuci z domu.

Aborcji nie mogli zrobić?

Aborcja w Kamerunie jest zakazana, choć wykonywana jest powszechnie, nawet w 6 miesiącu ciąży.  Zakaz aborcji nie ma związku z kościołem. Rząd uznaje religię katolicką jednak nie bierze jej pod uwagę w podejmowaniu decyzji. Występuje więc w prymitywnej formie ludowej: dziewczyny wciskają w siebie rozmaite rośliny, co grozi zakażeniem i śmiercią. Najczęściej odbywa się to w domu lub u marabu -czarownika. Szpitale na wschodzie kraju to też okropny widok. Szpital owszem jest, ale nie ma w nim wody ani prądu. Lepiące się ściany. Sala porodowa w skrzepach krwi. Z chorobami naprawdę bezpieczniej iść do szamana. I tak to zresztą załatwiają. Na szczęście w wielu miejscach przychodnie prowadzą misjonarze, tam już jest cywilizowanie.

 

5. Bela Bekono Sidoine, 17 lat
    Matka rocznej Zoe Rokany, jest w 6 miesiącu ciąży.

Fajna sukienka. Gdyby nie tło wyglądałaby jak modna mieszkanka Manhattanu. 

No tak. I te piękne sztuczne włosy.

Sztuczne?

Na bank. Bardzo to u nich modne. Wplata się w warkocze chińskie sztuczne włosy i grube się robią. 

A ta sukienka skąd? Też chińska?

No skąd. Sukienka jest szyta na miarę. Mają piękne materiały. Kolorowe. Im biedniej, tym bardziej kolorowo się ubierają. Poszedłem do krawca, chciałem zamówić wzorzystą koszulę. Nie chciał przyjąć zamówienia. Powiedział: „Kolorowa? To nie dla ciebie. To biedota tak się ubiera”. Ale w końcu uszył. 

Co robi Bela?

Ma siódemkę rodzeństwa. Przerwała szkołę. Pracuje w polu. „Pole daje wszystko” - mówi. Powtarza też: „Nie jest trudno być matką”. Zrozumiałem, że w Kamerunie to w pewnym sensie prawda. 

Bo?

Tam dziecko to nie jest żaden problem. Szczepienia? Zupki? Ubranka? Wózki? Dobra szkoła? Oni o tym wszystkim nie muszą myśleć. Z posiadaniem dzieci nic się nie wiąże, poza tym, że trochę więcej manioku trzeba ugotować.

Co robią faceci?

Faceci są głównie beztroscy. Kobieta czegoś chce? Marudzi? To on wychodzi z domu i już nigdy nie wraca. Nie zobaczysz tam mężczyzny, który niesie wodę albo drewno. To zadanie kobiet i dzieci. 

No ale coś przecież robią. Chleją jak u nas?

Też. Głównie matango, czyli wino z soku palmowego. Ci leniwi ścinają całą palmę i podstawiają kubek. Sok ścieka w słońcu i już jest sfermentowany. A bardziej ambitni i ekologiczni nie niszczą drzewa, tylko wdrapują się na górę i mocują kubełki. Bywa, że spadają z palmy w drodze po następną kolejkę, co kończy się kalectwem. 

Wiesz co? Sceneria jest egzotyczna, ale to wszystko brzmi znajomo. Widziałeś „Arizonę” Ewy Borzęckiej? 

Ja bym nie porównywał Kamerunu i Polski. Naprawdę. U nas nawet w byłych pegeerach, które pokazywała Borzęcka, nie było takiej biedy i beznadziei. 

Była. Dokładnie taka sama. Tacy sami bezradni ludzi opuszczeni przez wszystkich. 

Nie. Inna skala. Naprawdę.Tam nie ma żadnego socjalu, ludzie są zdani tylko na siebie.

Zostawmy. Opowiedz jeszcze o tym zdjęciu. Co stoi z tyłu.

To jej dom. Wrzucają mokrą glinę w formy i z tego budują. Tylko zobacz - glina się wykrusza, robią się dziury, a oni tego nie uzupełniają. Dom zaczyna się pochylać, to podeprą go kijaszkiem. Widać te kijaszki na zdjęciu. Aż w końcu taki dom się zawala. Bo komuś nie chce się robić bieżących napraw. Byłem zły, jak to obserwowałem. Niezaradność czasem wkurza. 

Niezaradność wkurza?

Złościsz się na tych ludzi. Że wszystko krzywe. Że ledwo podparte. Że brudne. To cię osłabia. Dlaczego nie pozalepiać tych dziur w ścianach? A potem się karcę za tę złość – nigdy nie żyłem w biedzie, w dodatku bez jakiejkolwiek nadziei na odmianę losu. Więc nie powinienem oceniać. 

Wchodzę do takiej lepianki i słucham opowieści. Jakaś kobieta mówi: „Mam aids i wiem, że zaraz mnie nie będzie. Ale dzieci świetnie się uczą. Co z nimi robić? Jak oddam je ciotce, to nie będzie dbała, żeby chodziły do szkoły”. To są takie rozmowy i takie dylematy. I co chwilę po wsiach widzisz dzieciaki totalnie zaniedbane. Wpieprzają ten maniok, od początku nie mają szans na prawidłowy rozwój, bo jedzenie jest bezwartościowe. To się powiela w tej chacie przez pokolenia.

Chcesz im pomóc?

Fotografią nie zmienia się świata. Nie mam już takich złudzeń. Ale chciałbym, żeby Polacy wiedzieli, jak jest na świecie. I żeby rozumieli, że solidarność międzyludzka musi być szersza, nie może obejmować tylko własnego podwórka. Owszem, w Polsce też jest bieda. I zgoda, że we wsiach pegeerowskich działo się źle. Ale bądźmy precyzyjni. Polska bieda jest obudowana jakimś systemem. Mamy kraj, który jakoś tam funkcjonuje. Państwo cię wyedukuje. Państwo cię wyleczy. Nasz kraj nie jest umieralnią.

 

6. Vianny Embaltou, 15 lat, 
    matka 2 tygodniowej Priscilii

To typowe wnętrze domu? 

Tak. Bardzo typowe jest na przykład łóżko. Inne sprzęty też - lampa naftowa na stoliku. Na drugim planie widać też palenisko, tli się cały dzień.

Podłoga?

Klepisko. Dom z wylewką betonową to rzadkość. 

I jeszcze ta kura w tle.

Zwierzęta trzyma się w domu, bo kradną. Raz poznałem rodzinę, która żyła z krową. Dziecko Vianny ma dwa tygodnie, ale ona sama jest jeszcze dzieckiem. Sądzę, że nie ogarnia tej sytuacji. Mało mówiła. Tęskni za chłopakiem, ale on jej nie pomaga. Ciotka mówi: „Byli razem, zaszła w ciążę i on wyjechał. I wszystko na moich barkach”. 

Mieszka z ciotką?

Tak. Ta ciotka sama ma piątkę dzieci - zresztą to nasza Marlice z pierwszego zdjęcia. Marlice się martwi o Viannę: „Ona nie ma pieniędzy na naftę i mydło”. Bo trzy podstawowe rzeczy, które trzeba kupić to nafta, mydło i sól. Jedzenie znajdziesz na polu, w dżungli. 

Jaką Vianna ma przyszłość, jak sądzisz? 

Myślę, że nieciekawą. Będzie chodzić w pole pracować. I będzie szukała kolejnego faceta, żeby mieć z nim dziecko i żeby wziął ją pod opiekę. 

 

7. Assoya Christelle, 16 lat
    Matka 3 dniowej córeczki, która nie ma jeszcze imienia

Ależ zadowolona!

Tak, cała szczęśliwa. Siedzi z niemowlakiem na takim tronie z desek. W dach domu wciśnięte były liście palmowe - to znak, że dziecko się urodziło. 

Ojciec dziecka? 

Jest nauczycielem w jej liceum. 

Co?

No tak. Dopytywałem, czy to nie był skandal. A mówią tylko: „To porządny chłopak”. Pełna akceptacja. 

To chyba fajna rodzina. 

Fajna. Assoya jest córką katechety. To dumni ludzie, uważają się za wykształconych. Ta rodzina jakoś się trzyma. 

Ojciec poczuł się ojcem?

Chyba tak. Dał w każdym razie wyprawkę. Plan mają taki: dzieckiem zajmie się babcia, a Assoya wróci do swojego chłopaka i szkoły, żeby ją skończyć. Chłopak mówi, że ją kocha. I chciałby mieć wielką rodzinę, kilkanaścioro dzieci.

Coś jeszcze chcesz powiedzieć?

Fascynuje mnie dobro z jakim się tam spotykam. 

?

Moimi przewodnikami po Kamerunie byli misjonarze. Pozbawieni złudzeń, niesamowicie życiowi. Kompletnie inaczej patrzący na to, co w powszechnym mniemaniu uznajemy za działalność charytatywną. Twardzi, często skazani na klęskę, mimo ogromnych nakładów pracy. Bezwarunkowo oddani pomocy. 

 

Duży Format, 6 czerwca 2012

Tygrysy Ulicy

Są zdani wyłącznie na siebie, żaden rząd, żadna władza nic dla nich nigdy nie zrobi. Są pełni rezygnacji i spokoju. Tak wygląda wolny rynek w formie czystej.
Z Łukaszem Sokołem, który w New Delhi sfotografował biznesmenów chodnikowych, rozmawia Grzegorz Sroczyński

 

1. Ostrzyciel noży 

Kto to jest?

- Ruk Mudelin, ostrzyciel noży. Moja ulubiona postać. Jego rower jest genialnie przystosowany do pracy. Ruk krąży na nim po New Delhi w poszukiwaniu klientów, potem staje, stawia rower na nóżce, podłącza do pedałów pas transmisyjny i ostrzy.

Ile zarabia?

- Ostrzenie małego noża kosztuje 5 rupii (30 groszy), dużego - 10 rupii (60 groszy). Nowy nóż można kupić za 20 rupii (1 złoty 20 groszy). Dniówka Ruka to około 25 złotych.

Dlaczego zrobiłeś mu zdjęcie?

- Bo jest typowym przedstawicielem drobnej przedsiębiorczości w Indiach. Eksperci nazywają to „biznesem chodnikowym”. Pierwszy raz pojechałem do Indii w 2010 roku. Szukałem ciekawego tematu. Wcześniej byłem dwa razy w Afryce. Po afrykańskich krajach Indie wydały mi się odhumanizowane, nigdzie nie czułem tak wielkiej przepaści między ekstremalnym bogactwem a biedą. Skrajną biedą.

Większą niż w Afryce? Nie wierzę.

- To kwestia kontekstu. W Afryce bieda jest wiejska - gliniana chata i kura jako jedyna forma własności. W Indiach zobaczyłem biedę skumulowaną w 20-milionowym mieście, w stolicy kraju, który jest nazywany „tygrysem gospodarczym” i stawiany za wzór reszcie świata. Rosną drapacze chmur, otwierają się supermarkety, ekonomiści zachwycają się wskaźnikami gospodarczymi, gazety donoszą o indyjskim programie atomowym i kolejnych satelitach wysyłanych w kosmos. „Indie światową potęgą elektroniki”. „Indie globalną stolicą call-centers”. „Czy Indie zdominują światową gospodarkę” - czytam w polskiej prasie. A potem jadę do New Delhi i w samym centrum spotykam ulicznego dentystę. Wyrywa zęby obcęgami na żywca, jego pacjentów nie stać na inną formę opieki medycznej. Kawałek dalej - uliczny znachor, który za pomocą tutki wysysa ludziom płyn z bolących kolan. To nie jest lokalny koloryt, to jest norma.

I co sobie wtedy myślisz?

- Że tak wygląda wolny rynek w formie czystej. Z biznesu chodnikowego żyje tam 60 mln ludzi. Bez ZUS-u, emerytury, opieki zdrowotnej, umów - choćby śmieciowych. „Mieszkałem na wsi, przyjechałem do miasta, zacząłem sprzedawać herbatę na ulicy. Bo co innego miałem robić?”. Z prowincji wciąż płyną miliony ludzi. I próbują robić cokolwiek.

Ruk Mudelin nigdy nie będzie miał emerytury, na starość jest skazany na łaskę swoich dzieci. Więc ma ich siedmioro. Któreś z nich odziedziczy rower i zawód ostrzyciela noży. Na razie Ruk pracuje siedem dni w tygodniu po dziewięć godzin dziennie. Zobacz - ma zaledwie 43 lata, a wygląda na 63. Zapytałem go, o czym marzy. Odpowiedział: „Odpocząć”.

 

2. Czyściciel uszu

Co robi ten człowiek?

- To Murad Ahmad, lat 40. Jest czyścicielem uszu, zawód odziedziczył po ojcu. Czyszczenie kosztuje około 3 złotych.

Nie można samemu patyczkiem?

- To nie to samo. Murad rozciąga ucho, bierze dwa metalowe narzędzia i wkłada je do samego bębenka. Bardzo głęboko. Wyciąga ze środka potężne grudy. To jest ZABIEG, a nie zwykłe czyszczenie. Murad twierdzi, że należy to robić dwa razy w miesiącu.

Jedyny, który na twoich zdjęciach się uśmiecha.

- Tak, Murad trochę pozuje. Czyściciele uszu stoją grupkami w kilku miejscach New Delhi. Dla Europejczyków są dziwowiskiem, ciągle ktoś chce ich fotografować, więc zaczęli pobierać za to opłaty. Murada przekonałem, że nie będę płacił. Ale już z ulicznymi dentystami nie udało się dogadać, nie mam ich zdjęć.

Za dużo chcieli?

- 100 rupii, czyli jakieś 6 zł.

Niewiele.

- Nie o to chodzi. Nie mogę płacić za zdjęcia, bo to zmienia rzeczywistość. Nie jestem turystą, tylko fotoreporterem. Jak zacznę płacić, to oni zaczną pozować. Fałsz.

Opisz takiego dentystę.

- Na kramiku przed nim leży kilka sztucznych szczęk. A właściwie nie do końca sztucznych, bo są zrobione z zębów wyrwanych poprzednim klientom. Pacjenci z ubytkami mogą więc sobie zamówić mostek albo całą szczękę z prawdziwych zębów. Kwestia dopasowania. „W głowie się nie mieści” - zareagował na to jeden z moich znajomych. Wkurzyłem się. „A czym to się różni od wstawienia sobie czyjejś nerki?”.

 

3. Sprzedawca jaj

Mantri ma 27 lat. Sprzedaje jajka, przygotowuje też na miejscu potrawy. Jajko na twardo kosztuje 30 groszy. Omlet - złotówkę. Mantri był bardzo speszony. Prawie nic nie mówił, na niektóre pytania odpowiadali za niego koledzy.

O co pytałeś?

- Ułożyłem sobie zestaw pytań, które zadawałem wszystkim bohaterom. Imię, wiek, liczba dzieci. Pytałem, kto ich nauczył zawodu. Często przejęli go po rodzicach, niewiele osób robi coś całkiem nowego.

Pytałeś, o czym marzą?

- Miałem to pytanie w zestawie, ale okazało się bezsensowne. Nie rozumieli go. „Jest, jak jest” - odpowiadali. Albo: „Muszę utrzymać rodzinę”. Amerykański sen, kariera od pucybuta do milionera - nikt nie miał takich marzeń.

Pamiętam dokument Marcela Łozińskiego o sopockim Grand Hotelu. Każdy pracownik - sprzątaczka, palacz, kelner, aż po dyrektora - został poproszony, żeby przed kamerą opowiedzieć o swojej pracy. To były fascynujące opowieści! „Panie, bez palacza nie byłoby tego hotelu, to najważniejsza funkcja”. Bohaterowie moich zdjęć o swojej pracy mówili niewiele. „Nic innego nie potrafię”.

Narzekali?

- Nie. „Panie premierze, jak żyć?” - nie spotkałem się z czymś takim. Oni wiedzą, że są zdani wyłącznie na siebie, że żaden rząd, żadna władza nic dla nich nigdy nie zrobi. Są pełni rezygnacji i spokoju. Tylko raz usłyszałem skargę. Człowiek, który sprzedaje bloki lodowe do chłodzenia żywności, powiedział: „Ciągle zimno mi w ręce”.

 

4. Parzyciel herbaty

Sanjay Sharma ma 42 lata, od 35 lat codziennie parzy czaj na ulicy, robił to od dziecka, najpierw z ojcem. Szklaneczka kosztuje 6 rupii, czyli około 35 groszy.

Gdzie urzęduje?

- Niedaleko wyjścia ze stacji metra. Dookoła przewalają się tłumy, a on spokojnie nalewa herbatę. Każdą szklankę parzy osobno.

Dobra?

- Pyszna, esencjonalna, wręcz pali. Gotuje ją na mleku, dodaje imbir, cukier, kardamon, czasem cytrynę. Imbir rozbija na ziemi, wprost o chodnik. Ma piękne ruchy, to jest sztuka.

Każdy z moich bohaterów pracował z pietyzmem. Jak posypywał potrawę, to w jakiś ładny wzór. Jak sprzedawał danie z patatów, to każdą porcję odmierzał małą wagą w skupieniu. Przyprawy i ziarna były usypane w piękne kopy. Pomarańcze - w równą piramidkę. Każdy stara się zapanować nad swoim kramikiem, bo dookoła wszystko pożera chaos i brud. Powietrze jest aż gęste od smrodu. Połowa spośród 20 mln mieszkańców New Delhi nie ma dostępu do wody bieżącej, prądu, kanalizacji. Załatwiają się wszędzie, bo gdzie mają to robić? Ciągle brodzisz w śmieciach.

 

5. Sprzedawca przekąsek

Chandan Singh ma 50 lat. Najczęściej stoi przy Connaught Place, które jest dość znanym miejscem New Delhi. Wielkie rondo składające się z kilku kręgów, duży węzeł komunikacyjny. Chandan od 30 lat sprzedaje bhelpuri, indyjską przekąskę.

Co to jest?

- Prażony ryż wymieszany ze świeżymi warzywami, cebulą, pomidorem, zieleniną, okraszony cytryną. Pikantne cholernie. Smakuje, jakbyś wymieszał chipsy z warzywami i dodał chili. Składniki nosi w kuble, ale nie są wymieszane. Danie przyrządza specjalnie dla ciebie w metalowej misce. Cały ceremoniał.

Chandan ma sześcioro dzieci, w tym - aż cztery córki, co czyni jego sytuację bardzo trudną. Za każdą będzie musiał zapłacić spory posag. Niektórzy ojcowie zapożyczają się na kilkadziesiąt lat, żeby córki mogły wyjść za mąż. Chandan zarabia dziennie około 12 złotych. Nie mam pojęcia, jak odłoży z tego na cztery posagi.

 

6. Prasowacz

Biharilal ma 47 lat i jest prasowaczem. Zajmował się tym również jego ojciec i dziadek. Za wyprasowanie zestawu koszula plus spodnie trzeba zapłacić 5 rupii, czyli zaledwie 30 groszy.

Ile zarabia dziennie?

- Około 10 złotych, jeśli ma dobry dzień. Ludzie przynoszą mu ubrania w tobołach, on je na chwilę rozkłada, kropi wodą i zawija z powrotem, żeby złapały wilgoć. Potem prasuje ubrania siermiężnym żelazkiem na węgiel, bo przecież nie ma tam prądu. Na zdjęciu widać jego kramik od zaplecza.

A kto ubrania pierze?

- Pracz to osobny zawód. Oczywiście robi to ręcznie, bije ubrania o kamień nad rzeką lub stawem. Nie możesz oczekiwać, że oddasz ubrania w jedno miejsce, gdzie jednocześnie je upiorą i uprasują. Tam jest tylu ludzi, że każdy musi mieć swoją działkę. Specjalizacje są bardzo wąskie. Na przykład podawacz ręczników, który stoi w hotelowej łazience, odkręca za ciebie kran, niczego nie musisz dotykać. To cała jego funkcja.

Jeśli coś budują, remontują, nie używają taczek do wożenia cegieł i gruzu. Bo jest osobny zawód „nosiciel gruzu”. Zatrudniasz dziesięć takich osób, noszą wszystko w misach na głowach. Jakbyś zainwestował w taczkę, to nie mieliby pracy.

 

7. Kwiaciarka

Manju od godz. 7 do 22 stoi przy ruchliwym skrzyżowaniu, sprzedaje róże i tulipany. Kwiaty kupuje po 75 rupii pęczek (4 zł 50 gr), a sprzedaje po 100-120 rupii (6-7 zł). Dziennie około dwudziestu bukietów.

Wygląda na smutną.

- Raczej przestraszoną. Przyjechała ze wsi, jest analfabetką, nie wie nawet, ile ma lat. Ojciec zmarł, matka została w Radjastanie. Ma dwójkę dzieci: małego synka i kilkumiesięczną córkę.

Manju mieszka na tym skrzyżowaniu. Dwadzieścia metrów dalej - ognisko, jakieś jedzenie i namiot, przed którym siedzą jej mąż i kuzynka, która niańczy dzieci.

Nikt ich nie przegania?

- Ktoś stawia namiot na pasie zieleni między jezdniami i zaczyna w nim żyć. Potem pojawia się drugi namiot. Potem - powstaje cały slums. Aż któregoś dnia wkracza wojsko z buldożerem i wszystko niszczy. Slums wyrasta gdzieś obok.

Po powrocie Polska wydaje mi się rajem. „Tutaj też jest skrajna bieda” - mówi mi znajomy, kiedy słyszy historyjki z Indii. Tak, ale to inna bieda. Nie kupisz sobie nowych ciuchów, ale nie zdechniesz z głodu. Twoje dzieci dostaną obiad w szkole. Lekarza masz za darmo.

Jak studiowałem zarządzanie, to wydawało mi się, że każdy jest kowalem własnego losu. Człowiek może osiągnąć wszystko, wystarczy tylko chcieć. W Afryce i Indiach straciłem te złudzenia.

 

PHOTO RAW, may 2012

the Most precious thing

 

“What is the future for children without dreams?”

 

Kids with responsibilities

Łukasz Sokół realised that dream belong to well-off children

Text Tina Kirkas

 

12-year-old Floriane Metenla stands in front of her home and shows the photographer a wooden stick that she has carved. She uses the stick to make manioc couscous for her family. In her other hand she holds an egg.

Other children have also chosen an everyday tool or dish as their most precious thing: a hoe, machete, plastic cup or a saucepan. Only two girls have a teddy bear or a Barbie. One boy brings out a football made of rags, held together by a piece of string.

“Most of the children that I met could not show even one thing that was valuable to them. I just photographed the children who had some- thing to present,” says Łukasz Sokół, a Polish photographer.

Life without dreams

For his series The Most Precious Thing, Łukasz Sokół collected simple and compassionate portraits of the children he encountered in Came- roon, Rwanda, Burundi and the Democratic Republic of Congo (DRC). As well as giving these children a face, he gave them a voice to talk about their own lives – stories that he has compressed into the photo captions.

Among other things, Sokół asked the children about their dreams.

Many wanted to become doctors, nurses, teachers, police officers or priests. These are professions where you can help people and dress in clean clothes.

The children were also wishing for peace, money, their own house or decent shoes for school. The orphans were missing their parents.

“But most of the children did not understand my question. They didn’t know what dreams meant. This was a shock to me. What is the fu- ture of children without dreams?”

The children’s stories made Sokół stop. They explained why the smile on a child’s face did not always reach the eyes. They also made Sokół think how back home in Poland – and in the rest of Europe – most chil- dren can play and enjoy the life of being a child. At least they don’t say that their most precious thing is the mat they sleep on at night.

“In Africa many children are toiling in heavy work: carrying water, preparing food, doing the laundry, washing up, looking after younger siblings. They can’t go to school and receive no health care. In addition to poverty, the kids suffer from violence and family break-ups. Many kids live amongst themselves, without adults.”

Sokół saw how extreme living conditions nullified the children’s dignity as humans and stunted their opportunities for growth. At the same time some of the children, even the smallest ones, took on responsibili- ties far beyond their years.

“In DRC I met 15-year-old Sebishimbo Sibomana, whose mother had died five years ago and his father much earlier. Now the boy is taking care of his disabled ten-year-old brother and after school he is farming beans on a plot of land rented from a coffee company.”

Confusing africa

Łukasz Sokół waited a long time for his first trip to Africa. For years he had been dreaming about the continent that the Polish journalist and author Ryszard Kapuściński described with a warm heart, without judg- ing. Like Kapuściński, Sokół wanted to experience Africa close to the people.

“You don’t go to Africa just for adventure. There has to be a reason for the journey. I wanted to tell a story with the help of the camera.”

Finally in 2009 Sokół got the chance to spend a month in Cameroon with a friend who worked in a Polish aid organisation. He raised the money for the trip by selling his car. Once there, he documented the lives of the Polish missionaries and local people for his series Mission. Along- side this project he produced the images of the children and their most precious things.

“Without my friend and his contacts I would not have had access to all the places I visited. With the help of the missionary workers I also got close to the local people. I could not have managed it by myself.”

The following year Sokół spent a month taking pictures in Rwanda, Burundi and DRC. He was surprised by the differences between the neighbouring countries.

“The houses and the tools looked similar but the people and their at- titudes and even their consciousness differed considerably from each other.”

Rwanda was the most difficult place to work for Sokół. The genocide of 1994 was still heavily in the minds of the people, although the govern- ment was trying its best to focus people’s eyes on the future. Sokół was confused, for example, by how computers were distributed to children even when they did not have shoes on their feet.

“The people were afraid of strangers and hardly smiled. It was difficult for me to speak to anyone and after a week I was still without a single

picture. I was ready to return home.”It was different in Burundi where people at least tried to learn to get

along with each other after a 12-year civil war.People also wanted to smile and look happy in the DRC, although to

an outsider there was not the slightest reason for it. The United Nations has named eastern Congo as the rape capital of the world, where women are abused not only by the local armies but also by the UN’s own peace- keepers.

“You encounter suffering in every house in the North Kivu province. People are dying at home and in their fields due to violence and disease, especially HIV/AIDS. Whole villages are robbed and destroyed. Many orphaned children are living adult lives.”

Duty to tell the story

Łukasz Sokół does not paint a very bright picture of Africa’s present state or its future. But he still sees some hope in his own images. They com- municate that it’s possible to make a difference.

“I’m not the guy to ask people to donate money to Africa. Instead I can influence people’s ideas about Africa and the Africans.”

In his view he has a duty to tell as widely as possible about the story of the children and other Africans he met. How well hopeful stories sell in a market that prefers drama is another issue.

“People let me into their lives and told me about their suffering. I feel that I have to do something for their benefit. I am also careful where and how their pictures are published.”

Right from the start Sokół only photographed people with their per- mission. He also explained what he was doing and why.

“Being photographed can cause problems for people. For example, the neighbours may think that I paid for the photos and then want their share of the money.”

Sokół hopes that one day he will return to Africa and continue the story of the children.

“I took similar pictures of children and their most precious things in Poland and India. But I don’t think that they worked. Of course the chil- dren had interesting objects but there was something missing from their stories – a certain kind of depth perhaps.”

 

The Australian PhotoJournalist, 2010

Lukasz Sokol - The Most Precious Thing

ThingIntro by  Shada Cornelissen

 

What is precious to me? What object would I hold up if asked to do so? I can’t decide. I have too much.  I live in the minority world. 

Would I hold up my family?  They are my certainty.  And because of this I take them for granted.  What a privilege to be able to do so.  Should I hold up my health, my education, my lifestyle? I have never been hungry or deprived of medical treatment. I have always lived securely and with a roof over my head, and as such, I have been able to grow, to develop and to explore my potential.

A precious thing - for me, what would it be?  My camera? My computer? My car?  While I consider them essential, if destroyed they can easily be replaced.  Sure the inconvenience would be troublesome, but even without them my life, education, health and future are all guaranteed. 

Perhaps then my most precious possession is to have been born in the privileged North. All children deserve the fundamental right to develop physically, mentally, spiritually and emotionally without restriction or limitations. (Article 27 in Convention on the Rights of the Child - http://www.austlii.edu.au/au/other/dfat/treaties/1991/4.html .) Too often this right is breached by corrupt, inept or lazy governments that serve themselves rather than their people.  As Ghandi said “poverty is the worst kind of violence” for it robs people of their potential.

In Sokol’s series The Most Precious Thing, children from Cameroon were asked to present their dearest object for the camera. Most children had nothing to show. Those that did revealed objects that only serve to meet basic needs.  In viewing these images, it becomes clear that these children have never known a life outside of poverty. Their dreams are lost in the daily struggle to survive in the impoverished South.

Half of Cameroon’s population live on the equivalent of USD$2 a day; almost 15 percent of children die before reaching the age of 5; and over 40 percent of children drop out of school before completing 5 years of education. (Organisation for Economic Co-operation and Development 2005 &2009) Consequently, the future of Cameroon’s children is one barren of opportunity. It is a future limited by unrealized potential. Sokol’s series speaks about deep disparity of living standards between North and South. He states “Western society is growing in objects, which are not of everyday need but most often the fulfillment of our whims, vanity as well as our passion for beauty and comfort. An average Cameroonian does not know about the existence of most of them. – You cannot compare living conditions of these two totally different worlds. I want people from our reality to understand poverty in Cameroon in comparison to our standards.”

This is life in our out-of-balance world.